Nienawidzę ludzi. Opowiada Tadek Złoczyńca

Spodo­ba­ła Ci się Opi­nio­Lo­gia lub jej część? Poleć ją innym!

Nie­na­wi­dzę ludzi. Opo­wia­da Tadek Zło­czyń­ca

Gru­dzień. Za kil­ka dni Świę­ta. Świet­nie, uwiel­biam ten czas. Co praw­da nie ma śnie­gu, co tro­chę utrud­nia odczu­wa­nie wszyst­ki­mi zmy­sła­mi tego cudow­ne­go cza­su, jed­nak usil­nie sam sie­bie pró­bu­ję prze­ko­ny­wać, że magia Świąt już jest. Nie wiem, czy też tak macie. Wszę­dzie chcę czuć zapach pier­ni­ków, widzieć kolo­ro­we świe­cą­ce ozdo­by w oknach, wymie­niać się z ludź­mi ser­decz­nym życze­niem weso­łych Świąt. Widzi­cie to?

A teraz co widzę ja. Po pierw­sze — par­king: na samą myśl o nim robi mi się sła­bo. To tro­chę tak, jak­by ktoś wyłą­czył wiel­ki guzik „kul­tu­ra w ruchu dro­go­wym”. Tutaj nie ma zasad, widzisz wol­ne miej­sce, co Cię to obcho­dzi, że kie­row­ca naprze­ciw Cie­bie włą­czył migacz? Jedziesz. To Two­ja jedy­na szan­sa, żeby Broń Boże nie nieść zaku­pów 30 m dalej. Linie wyzna­cza­ją­ce miej­sca par­kin­go­we? Koper­ta dla oso­by nie­peł­no­spraw­nej lub rodzi­ny z dzieć­mi? Weź mnie koleś nie roz­śmie­szaj, ja tyl­ko na chwi­lę, po tonę zaku­pów, któ­re póź­niej prze­mie­lę przy sto­le i — bez kolo­kwial­nie za prze­pro­sze­niem — wysram. Nie macie wra­że­nia, że świę­to­wa­nie w Pol­sce pole­ga na obże­ra­niu się? I na piciu wód­ki? Zapo­mnia­łem. Nie żebym miał coś prze­ciw­ko, ale co to ma wspól­ne­go z ducho­wym unie­sie­niem? Chy­ba nie­wie­le.

Idę do mia­sta po zwy­kły kur­na chleb, żeby na dru­gi dzień mieć co zjeść w pra­cy. Nie, nie cho­dzi mi wca­le o kolej­ki, jestem raczej cier­pli­wym gościem, któ­ry grzecz­nie swo­je odstoi w ocze­ki­wa­niu na swo­je „pip, pip” przy kasie. Cho­dzi o tę wstręt­na nagon­kę, o te łok­cie wbi­ja­ne pod żebra, o nie­na­wist­ne spoj­rze­nia, że masz czel­ność tu w ogó­le być. „Dom bez kla­mek cały drży, cały szpi­tal śpie­wa raz, dwa… dzie­więć!” Wystar­czy na chwi­lę zapo­mnieć się i zawie­sić wzrok cho­ciaż­by w smart­pho­nie i już po Tobie sta­ry, spa­dasz w kolej­ce, bo ta prze­mi­ła na co dzień star­sza pani wyła­do­wa­ła na taśmie przed Tobą kon­te­ner zaku­pów. Nie jesteś Ty i nie jestem ja przy­sto­so­wa­ny do życia w świą­tecz­nej dżun­gli.

Zosta­jąc w tema­cie zaku­pów… Karp. Kar­pia każ­dy lubi, w śmie­ta­nie, w gala­re­cie, sma­żo­ny, no nie­odzow­ny sym­bol pol­skich Świąt. Dokład­nie tak samo, jak indyk na Świę­to Dzięk­czy­nie­nia. Nie­odzow­nym świą­tecz­nym zacho­wa­niem jest też wyło­wić tego kar­pia z wan­ny peł­nej ślu­zu i gów­na tych­że ryb, w któ­rej to sobie rado­śnie zdy­cha­ją z bra­ku tle­nu nucąc kolę­dy. Następ­nie nale­ży tę umę­czo­ną rybę wpa­ko­wać w folio­wą siat­kę z jakimś pla­sti­ko­wym badzie­wiem, w któ­rej nota­be­ne wg jakie­goś idio­ty z inspek­to­ra­tu wete­ry­na­rii może oddy­chać (sic!), żeby następ­nie prze­cho­dzić z nią kil­ka godzin kupu­jąc upo­min­ki dla bli­skich. Jak już ta ryba jakimś cudem prze­ży­je, a są to nie­sa­mo­wi­cie sil­ne zwie­rzę­ta, trze­ba napeł­nić wodą wan­nę (tyl­ko nie za dużo, bo rachu­nek wyso­ki) i tego kar­pia w niej umie­ścić. Kar­pie uwiel­bia­ją chlo­ro­wa­ną miej­ską wodę. Ale! W tym wszyst­kim prze­cież cho­dzi o to, żeby mieć świe­żą ryb­kę = mniam mniam. Bar­dzo świe­ża, naj­pierw z gów­na, potem w chlor. Na koniec naresz­cie ciach, po spra­wie, szczę­śli­we zakoń­cze­nie po dro­dze krzy­żo­wej nie­win­nej ryby. Czło­wiek. Nie brzmi to dum­nie.

Był­bym zapo­mniał. Szcze­gól­nie gar­dzę ban­dą ćwierć­in­te­li­gen­tów, dla któ­rych BUM BUM to szczyt este­tycz­nej i kul­tu­ral­nej roz­ryw­ki. I tutaj, podob­nie jak w przy­pad­ku kar­pi, nie umiem zna­leźć w sobie zro­zu­mie­nia. Jak jesz­cze poka­zy sztucz­nych ogni o godzi­nie 00:00 są nie­wąt­pli­wą atrak­cją dla dzie­ci, tak bez­mó­zgie trza­ska­nie petar­da­mi na osie­dlu mie­siąc przed i mie­siąc po nocy syl­we­stro­wej nie kom­po­nu­je się nijak w jakie­kol­wiek ramy spo­łecz­nych zacho­wań. I ze wzglę­du na star­sze oso­by i ze wzglę­du na udo­mo­wio­ne zwie­rzę­ta. Wszyst­kim ama­to­rom-piro­ma­nom pole­cam wło­że­nie pęku petard głę­bo­ko w… To był­by dopie­ro pokaz!

Bie­gnij, pre­zent dla bab­ci. Bie­gnij, mar­ga­ry­na! Bie­gnij, karp zdy­cha. Bie­gnij. BIEGNIJ.

Lub stań. Zatrzy­maj się, zrób wdech i wydech, podaj tej Pani koszyk, roz­mień kasjer­ce na drob­ne. Wdech, uśmiech­nij się. Wydech, pomóż.

Po tych wszyst­kich przy­go­to­wa­niach, gdy już uro­bio­na po pachy gospo­dy­ni będzie mogła na chwi­lę usiąść, zje­my te jej wszyst­kie łako­cie. Nie zapo­mnij jej moc­no przy­tu­lić i za całą jej pra­cę podzię­ko­wać. Jed­nak jestem w gro­nie szczę­ścia­rzy. Mam wspa­nia­łą rodzi­nę, przy któ­rej zapo­mnę o tych prze­my­śle­niach i dopie­ro przy nich poczu­ję magię Świąt. Mam nadzie­ję, że cięż­kie przy­pad­ki pasu­ją­ce do powyż­sze­go opi­su rów­nież. Tego im z całe­go ser­ca życzę.

Tadek Zło­czyń­ca

Komentarze

komen­ta­rzy

Dodaj komentarz