Wkrótce rozpędzi nas armia Macierewicza. Nowelizacja ustawy Prawo o zgromadzeniach i Obrona Terytorialna

Spodobała Ci się OpinioLogia lub jej część? Poleć ją innym!
Gathering of People - Zgromadzenie ludzi Flickr.com

Gathering of People – Zgromadzenie ludzi

Flickr.com

Nowelizacja ustawy Prawo o zgromadzeniach i tworzenie Obrony Terytorialnej, która de facto ma być prywatną armią Antoniego Macierewicza, są kolejnymi z ostatnich aktów demontażu demokracji w Polsce.

Znaleźliśmy się w takim punkcie historycznym Polski, gdzie być zostało wyparte przez mieć. Nie można też zapominać o tym, że owo mieć dotyczy niektórych kosztem wszystkich. Być z kolei dotyczy wszystkich i jest dzisiaj poważnie zagrożone.

Nie wszyscy jednak są w stanie to zrozumieć. Dzisiejsza Polska to kraj indywidualnych egoistów, którym takie pojęcia, jak praworządność, wolność, społeczeństwo obywatelskie czy pluralizm są zupełnie obce.

Janosikowi fanatycy, według których istota życia społecznego polega na tym, że się odbierze jednym – często bardziej zdolnym, zaradnym, bardziej kreatywnym, twórczym, lepiej wykształconym etc. – a da się tym, dla których państwo, społeczeństwo czy wspólnota to przede wszystkim opieka socjalna, przez którą w tym miejscu rozumiem bezpośrednią pomoc materialną i finansową.

Prawo do zgromadzeń – tylko dla władzy, kościołów i ich wiernych

Nowelizacja ustawy Prawo o zgromadzeniach, którą Sejm przegłosował w piątek, daje pierwszeństwo organizacji zgromadzeń publicznych i demonstracji instytucjom państwowym oraz związkom wyznaniowym. Jak można doskonale zauważyć, jest to sprzeczne z ideą obywatelskich wolności zgromadzeń, które są zapisane w Konstytucji RP.

Chodzi w tym wszystkim o to, żeby uniemożliwić krytykom władzy publicznego manifestowania niezadowolenia z obecnej sytuacji politycznej, społecznej i gospodarczej, która z roku na rok będzie coraz gorsza. O ile jeszcze dziś mamy prawo wykrzyczeć zdecydowane „nie” dla zmieniania ustroju w Polsce bez zgody suwerena, o tyle za moment takiego prawa mieć nie będziemy. Krzyczeć będą mogli wyłącznie balwochwalcy władzy i kościołów, które będą ją popierały.

Według nadal jeszcze obowiązującej ustawy zasadniczej oraz Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, przy ocenianiu legalności zgromadzenia najważniejszy jest jego pokojowy charakter. Ponad nim nie może być stawiana jego częstotliwość jak i podmiotowość organizatora.

Najoględniej rzecz ujmując, jeszcze obowiązujące przepisy gwarantują porządek publiczny i bezpieczeństwo protestujących. Odgrywa to kluczową rolę, co doskonale pokazuje chociażby przykład obchodów święta niepodległości w dniu 11 listopada każdego roku.

77 organizacji pozarządowych, które zaapelowały wspólnie do prezydenta i Senatu o całkowite odrzucenie zmian, zwracają także uwagę na fakt, iż normy, które nakazują zachowanie co najmniej 100 metrów odległości pomiędzy dwiema demonstracjami są zbędne. Może to bowiem spowodować, iż kontrmanifestacja straci kontakt z główną manifestacją, co będzie godziło w wolność publicznego wyrażania poglądów.

Nowe prawo stawia władzę i kościoły ponad obywateli, gdyż to one mają mieć pierwszeństwo do zgromadzeń. W ten sposób likwiduje się społeczeństwo obywatelskie na rzecz autorytarnego – a może wkrótce totalitarnego – państwa wyznaniowego.

Organ gminy ma wydawać zakaz zgromadzenia, jeżeli będzie się ono odbywało  w tym  samym miejscu i czasie, co wydarzenie cykliczne, za które władza uznaje tylko zgromadzenia organizowane przez jeden podmiot w tej samej lokalizacji i terminie co najmniej cztery razy w roku zgodnie z opracowanym terminarzem lub minimum raz w roku podczas świąt państwowych i narodowych, o ile odbywały się one w ciągu ostatnich trzech lat i miały na celu „w szczególności uczczenie doniosłych i istotnych dla historii Rzeczypospolitej Polskiej wydarzeń”.

Tak na marginesie: które to są święta państwowe, a które narodowe?

Pytanie ciekawe, jednak nieporównywalnie dużo mniej istotne od faktu, że nawet gdy władza i jej – kupieni za 500+ i inne frykasy – wyznawcy będą nas gnębić, gwałcić i mordować, to nie będziemy mieli nawet prawa głośno i publicznie o tym krzyczeć.

Wojska Obrony Terytorialnej batem na niewiernych

Fanatyków tych będą skupiały Wojska Obrony Terytorialnej, czyli prywatna armia Antoniego Macierewicza – człowieka, który fanatycznie wierzy w to, iż w Smoleńsku był zamach (co dowodził chociażby poprzez rozwalanie parówek) i publicznie stwierdził, że Rosjanie wypowiedzieli nam wojnę.

Mają oni dostawać 500 złotych miesięcznie za gotowość bojową. Ich łączna liczba ma wynieść 50 tysięcy. Nie będą podlegali Szefowi Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, lecz bezpośrednio szefowi MON – Antoniemu Macierewiczowi.

W III Rzeszy funkcjonowała tajna policja o nazwie Gestapo, której zadaniem było zwalczanie wszelkich przejawów oporu. Z czasów PRL-u bardzo dobrze są nam znane ZOMO i ORMO. Dzisiaj tworzone są natomiast bojówki wojskowe do tłumienia protestów obywatelskich.

Do Obrony Terytorialnej w pierwszej kolejności będą przyjmowani członkowie organizacji paramilitarnych, którzy nie kryją swojej – delikatnie rzecz ujmując – niechęci do uchodźców. Uchodźca to dla nich wróg. Jednakże dokładnie takim samym wrogiem może być członek lub sympatyk partii opozycyjnej, a także działacz KOD-u. Sprzeciwiają się bowiem państwu, które co miesiąc daje im pięć stówek i broń do ręki.

Trzeba się zatem liczyć z tym, że wkrótce – gdy wyjdziemy na ulice bronić naszej wolności i godności – rozpędzi nas prywatna armia Macierewicz.

Foto: Flickr.com

Komentarze

komentarzy

Dodaj komentarz